Jego twarz była zielona. We flanelowej koszuli
wyglądał jak ogrodnik zakrywający światło
wędrujących gwiazd. Mój dziecięcy sen, łąki
Connemary, świąteczne orzechy i zamarznięte
pola torfowe. Spadające owoce cisów.

Uległy metamorfozie, westchnieniom.
Zaczynamy od nowa, pragniemy,
jakbyśmy wypełniali pustkę po czymś ważnym.
Ukrywamy się w dłoniach albo za widnokręgiem.
Odrzucam kołdrę, tracę ostrość, przebiegam dno oceanu,
nie mam dostępu do kilku przepakowanych tobołków.

Uciekam w miejsce, gdzie do niedawna
mieszkali ludzie. Budynki stoją na grzbietach.
Zadaję pytania, dlaczego rozszarpane
wiatrem dachy sprawiają ból. Wróciłam, kończy się lato,
najszybciej brązowieją jakieś rzeczowniki.

 

Nasiąkam zapachem, niechęcią podobną do dzikiego
ptactwa, wymieniam ich imiona, szukam szlaków,
którymi odlecą. Uśmiechasz się, ale czy możesz mi uwierzyć?

 

Małgorzata Południak