Z nieobecności

 

 

Mogłabym się wyrwać i schować kawałek po kawałku,

który przekreśli nasze terytorium. Solidnie okopana

zaimkami dzierżawczymi przetrwać, chociaż drzewa

rozkołysały się na moją trwogę.

 

Zaczęłam rozumieć śpiew dybuków, kolejny rozpad

jedności, ontologiczną reprezentację nieobecnych.

Długością spódnic zasłaniam sobie przed nimi kolana,

uszy.

 

Zawzięcie ćwiczymy ciało, reguły, rezygnujemy z kawy,

przyjaznych gestów osadzonych w barowym tłumie malowanych

ptaków. Tresujemy się potencją, zmagamy z językiem,

z drukowanymi literami kwitnącymi na ścianach muzeów.

 

Czy to możliwe, abyś nagle zróżowiał, zawieszając się powtarzał

zadania wyświetlone na monitorze, mówiąc, że improwizujesz?

 

Kolekcjonujesz bardziej ostre czy niecierpliwe stany,

przez które przechodzimy we śnie. Aż zapadasz w pustkę,

jękliwe fale, dźwięk skrzypiec z pierwszej części czterech

 

pór roku. Poranek i znowu żadnej tajemnicy w zasięgu.

 

Małgorzata Południak