Koniec stycznia

Powiedziałaś, że ręce tamtego mężczyzny wykonują wolne ruchy,
jak niekończące się gadanie kłamców. W końcu patrzysz w oczy,
w nich odpoczywa kolor zaufania albo za mgłą, świat wyzysku,
kpin, fajerwerków. Zdążysz się zorientować, zatniesz w sobie
albo na zewnątrz. Przez tydzień popiół będzie spadał na ramiona,
aż wyjdzie słońce, mróz ustąpi miejsca nadciągającej burzy.

Fałdy skóry możesz wiązać lub zszywać, widzisz człowieka zranionego,
niekiedy cię to cieszy, innym razem mętna figura zmienia się w tysiąc
ładunków wymienialnych na euro. Wypełniony podtekstami, suchym chlebem,
urojeniami, czekasz, aż ktoś poprawi ci nastrój. Wyrzuć z siebie lęk,
gumowe kółka wokół ran na kostkach, uwolnij stertę balonów, Baalów.

Ryczę, krzyczę, potem jeszcze piąty raz, do niczego to nie prowadzi.
Do pustki, wyciśniętych myśli podejrzliwie układających się na śniegu.
Kontrast pozbawia przyjemności rybaków, siedzą w barze.
Tutaj życie nosi nieznane nazwy. Puls, widoczny w oceanicznej pianie,
unosi samobójców. Ich palce, rozbite głowy. Skała ma kolor czerwony,
jak u wybrzeży oniemiałego morza. Kwiaty na moim ręku więdną
i nie wiem, komu jest łatwiej.



Małgorzata Południak